<oczami Lucy>
Płakałam. Płakałam bardziej niż kiedykolwiek. Nie miałam siły okazywać moich uczuć, dlatego poprostu łzy leciały mi z oczu. Życie to piekło, które przyjęło nas wcześniej. A ja o tym doskonale wiem.
Czułam się coraz słabiej, coraz mniej słyszałam. Widziałam kątem oka Harrego, który też płakał. Nasze dziecko... Nic wcześniej nie wiedzieliśmy. Teraz pamiętam, to było miesiąc temu... Miesiąc...
Poddałam się. Cały świat jest przeciwko mnie. Nigdy nie będę prowadzić normalnego życia. Zawsze znajdzie się ktoś lub coś, co będzie chciało mi zrujnować życie.
***kilka dni później***
-Cześć.-powiedział Harry wchodząc do mojej sali.-Jak się czujesz?
-Dobrze.
-Lucy, ja też przeżywam. Ja też nie mogę się pogodzić z tym, że nasze dziecko nie żyje. Ale proszę, odzywaj się do mnie. Nie bądź obojętna...
Nawet mi go było szkoda. Ale... Co ja tam mogę stwierdzać. Bez sensowne życie zapewniło mi już pod dostatkiem przemyśleń.
-Normalnie się odzywam... Jutro wychodzę ze szpitala.-powiedziałam.
-Wiem. Wrócimy do domu, i znowu będzie jak dawniej. Nie piszą już o nas, załatwiłem to.-odparł Harry i popatrzył mi prosto w oczy. Miały taki śliczny, wyraźny zielony kolor. To są najpiękniejsze oczy na świecie.
-Harry, ja nie wracam z tobą. Wynajmę własne mieszkanie. Nie mogę wrócić, muszę odpocząć.
Zaśmiał się nerwowo.
-Jjak tto...?
-Normalnie. Jutro wychodzę i wynajmę mieszkanie. Przez jakiś czas musimy dać sobie spokój. Nie widujmy się. Nie rozmawiajmy, nie piszmy. Proszę...-wyszeptałam.
Harry wstał. I wszedł.
***kilka miesięcy potem***
<oczami Harrego>
Umieram. Każdego dnia. W każdej chwili. Umieram z tęsknoty.
Nie wytrzymuje. Alkohol sprowadza mnie w błędne koło. Tęsknię ---> Pije ---> Żałuję i przestaje ---> Znowu tęsknię ---> Pije...
Mam dosyć takiego życia. Musze spotkać Lucy jak najszybciej. Nie wytrzymuje bez jej widoku, bez jej zapachu, bez jej dotyku.
Dowiedziałem się gdzie mieszka. To proste, gdy tylko powiesz jak masz na nazwisko.
Wszedłem do bloku na drugim końcu miasta. Wjechałem windą na trzecie piętro. Mieszkanie nr. 11. Wziąłem głęboki oddech i zapukałem. Otworzyła.
Stała przede mną nie ta sama Lucy, co kiedyś. Pocięte łapska, pofarbowane włosy, papieros w ustach i podpuchnięte, czerwone oczy. To nie może być ona.
Wszedłem bez słowa do mieszkania. Ona zamknęła drzwi i wróciła na balkon. Mieszkanie było małe. Zdjąłem kurtkę i powiesiłem w szafie. Poszedłem na balkon.
-Lucy...-szepnąłem. Jej wygląd... Ja do tego dopuściłem...
-Ludzie mówią na to depresja, a ja poprostu się poddałam.-powiedziała wyrzucając papierosa.
Bez słowa przytuliłem ją. Najmocniej na świecie.
-Dlaczego mnie opuściłaś... Dlatego chciałaś, żebym umierał...-szeptałem łkając jej cicho w ramię.-Nasza miłość potrafiła podpalić całe miasto... Nie może się tak skończyć...
-Ona się nigdy nie skończy. Choćbyś chciał tego najbardziej na świecie.-szeptała.
-No witam. Kogo my tu mamy?-powiedział wchodząc Michael.
Dramaty jak w Ukrytej prawdzie xxddd komentujecie-motywujecie, serio <3
Next bo cudne 😍
OdpowiedzUsuńDzięki <33
UsuńNext bo cudne 😍
OdpowiedzUsuńNje plz. Tu nie ma byc jak w trudnych sprawach kurde no. Lucy ma byc z Harrym a niech ten durny Michael wreszcie umrze plz 😭😭😭😭😭😭
OdpowiedzUsuńNic ci nie zdradzę ;xx <3
UsuńAwwww... umieram wlasnie przeczytalam calego bloga bo zobaczylqm info na FB :* piekny rozdzial czekam na nn i mam nadzieje ze bedzie dluzszy !!!!
OdpowiedzUsuńDziękuję, następny rozdział będzie dłuższy, postaram się :)
UsuńKolejny rozdział JUŻ! !!!!!!! piękne, ślicznie piszesz 😘
OdpowiedzUsuńJuż jest, dziękuję *-*
UsuńJuż jest, dziękuję *-*
Usuń