poniedziałek, 23 lutego 2015

Rozdział 33.-ostatni!

*oczami Harrego*
Po tym, gdy Lucy powiedziała mi, że musimy dać sobie trochę czasu, wyszedłem bez słowa zostawiając ją. Miałem dosyć wszystkiego. Najchętniej to poprostu bym się zabił. Ale to też było trudne. Wszedłem do auta i pojechałem do domu. Nie myśląc za dużo, wziąłem pistolet z piwnicy. Zawsze tam był, a teraz się do czegoś przydał.
Miałem ochotę kogoś zabić. Wydawało mi się to totalnie normalne, jak chęć zapalenia albo pójścia do toalety. Zachowywałem się jak wariat po przedwczesnej ucieczce z psychiatryka.
Michael był w tym wypadku pierwszy na liście do zabicia.
Kiedy podjechałem pod jego dom, zaparkowałem auto kilkanaście metrów od ulicy. Wyszedłem z niego i udałem się przed mieszkanie. Z ulicy udało się usłyszeć nagłe hamowania. W jednej chwili jadące dwa auta zderzyły się ze sobą powodując ogromny huk. Niewiele myśląc zapomniałem o całej akcji "zabić Michaela" i zadzwoniłem po pomoc.
Przyjechała policja, a że byłem świadkiem wypadku musiałem opowiedzieć co się stało. Tyle, że jest jeszcze Michael.
***
-Rzuć broń.-powiedział komisarz.
Wyrzuciłem na podłogę pistolet. Kurwa, mają mnie. Nie zauważyłem, że Michael sięga po broń która upadła.W jednej chwili Michael (zwijając się przy tym z bólu) wykonał strzał w kierunku Lucy. Ta upadła na podłogę zostawiając coraz większą plamę krwi. Ma skurwiel cela.
-Lucy!-krzyknąłem. Całe życie stanęło mi przed oczami. A całym moim życiem była właśnie Lucy...
***
Zabrali nas. Gdyby mi zależało, wyszedłbym wpłacając kaucję. Ale teraz mam wszystko gdzieś. Lucy nie żyje. Mój najdroższy skarb... Nie żyje... Nie mam po co żyć. Wszystko się skończyło. 

Kochani! Dziękuję, że pisałam tego bloga w takiej miłej atmosferze z komentarzami :PP Nie zapomnijcie wpaść na mojego drugiego bloga ---> youre-my-life-support.blogspot.com.  Kocham was <3

sobota, 21 lutego 2015

UWAGA!

Hej :)
Wiem, że długo nie było rozdziału, ale wszytko pomieszałam i musze napisać go od początku :/ Tak czy siak, zapraszam na mojego drugiego nowego bloga: tam rozdziały są trochę dłuższe i będą się częściej pojawiać ;) Z góry dziękuję za komentarze :*
----> youre-my-life-support.blogspot.com <----

poniedziałek, 9 lutego 2015

Rozdział 32.

Dla mojej kochanej, najlepszej i cudownej chorej Ani <3 <3 <3 (to przypadek, że akurat taki dramatyczny rozdział xd)
<oczami Lucy>
Nie potrafiłam go nie kochać.
Nie potrafiłam zapomnieć o człowieku, który pomógł mi zacząć nowe życie. Nie potrafiłam, nie dawałam sobie rady.
Po wyjściu ze szpitala czułam się gorzej niż kiedy w nim byłam. Tu obok mnie powinien stać ten głupi Styles. Ale go nie było.
Pojechałam do domu, który chciałam wynająć. Umeblowane mieszkanie czekało na moje przybycie. Do momentu wprowadzenia się przenocowałam w hotelu, a o kilku dniach pojechałam do mieszkania. Tam już nie dałam rady.
Samotność jaka mnie ogarniała była zbyt duża, żebym mogła ją wytrzymać. Ciszę próbowałam zastąpić muzyką, głos drugiej osoby telewizją, ale nic nie mogło zastąpić Harrego. Tego dupka, który wyszedł ze szpitala bez słowa zostawiając mnie sama sobie.
Zaczęłam się ciąć. Niektórzy robią to dla mody, ale ja graniczyłam ze śmiercią. Trafiłam do szpitala, kiedy straciłam za dużo krwi.
Nadszedł ten moment kiedy chciałam umrzeć, kiedy chciałam odejść z tego świata zostawiając wszystkich tych, którzy kiedykolwiek wcześniej mnie zranili. Ale zdałam sobie sprawę, że jest taka jedna osoba, którą niestety kocham zbyt mocno, żeby zostawić ją samą. Więc walczyłam do końca.
Po tygodniu wypuścili mnie ze szpitala. Walczyłam sama ze sobą, żeby tego nie powtórzyć. Swój ból i cierpienie przełożyłam na papierosy. Paliłam. Zawsze ulegałam pokusie. Nigdy nie lubiłam dziewczyn, które paliły, a teraz nagle się jedną z nich stałam. I nie wiem, co jeszcze bym zrobiła gdyby nie wizyta Harrego.
Jedno przytulanie daje czasem więcej, niż milion pocałunków. Znowu miałam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, znowu się łudziłam, że jutro będzie jak dawniej, znowu byłam tak cholernie naiwna. Znowu na naszej drodze pojawił się Michael.
-Wypierdalaj.-powiedział Harry.-rozumiesz?
-Spokojnie gołąbeczku. Jeżeli oddasz mi tę swoją laskę, wyjdę z twojego życia o nigdy nie wrócę. Zgoda?-uśmiechnął się Michael. Ten zasrany dupek myśli, że Harry jest głupi?!
-Zgoda. Oddaje i po wszytkim.
Chwila.
Milczałam. Co to kurwa znaczy?
-Nie wiedziałem, że tak prędko pójdzie.-powiedział Michael podchodząc do nas.
Harry momentalnie wypuścił mnie z objęć. W jednej chwili wyjął pistolet z kurtki i postrzelił Michaela z rękę.
-Zabierasz pistolet na spotkanie z dziewczyną, to takie romantyczne... Mam nadzieję, że nigdy byś mnie nie oddał...-powiedziałam sarkastycznie nie zwracając uwagi na wyzwiska rzucane w moją i Harrego stronę przez Michaela. Nie przyjęłam się tym, że przede mną leżał prawie martwy człowiek. Wręcz przeciwnie, poczułam ulgę i radość.
-Lucy, nie chciałem tego zrobić...-szepnął przestraszony Harry.-Przepraszam...
-Nie przepraszaj. Dobrze zrobiłeś. Zajebiście dobrze. Tylko Sherlocku, co teraz z nim zrobisz?-zaśmiałam się pierwszy raz od kilku miesięcy. Boże, co za ulga.
Nagle drzwi do mieszkania otworzyły się.
-Dzień dobry. Komisarz...-no i nie dowiedziałam się jaki, bo zobaczył Michaela.-Ręce do góry!
CZYTASZ = KOMENTUJESZ <3 dziękuję za 6000 tysięcy wyświetleń  <3 mała rzecz, a cieszy :'))

sobota, 7 lutego 2015

Rozdział 31.

<oczami Lucy>
Płakałam. Płakałam bardziej niż kiedykolwiek. Nie miałam siły okazywać moich uczuć, dlatego poprostu łzy leciały mi z oczu. Życie to piekło, które przyjęło nas wcześniej. A ja o tym doskonale wiem.
Czułam się coraz słabiej, coraz mniej słyszałam. Widziałam kątem oka Harrego, który też płakał. Nasze dziecko... Nic wcześniej nie wiedzieliśmy. Teraz pamiętam, to było miesiąc temu... Miesiąc...
Poddałam się. Cały świat jest przeciwko mnie. Nigdy nie będę prowadzić normalnego życia. Zawsze znajdzie się ktoś lub coś, co będzie chciało mi zrujnować życie.
***kilka dni później***
-Cześć.-powiedział Harry wchodząc do mojej sali.-Jak się czujesz?
-Dobrze.
-Lucy, ja też przeżywam. Ja też nie mogę się pogodzić z tym, że nasze dziecko nie żyje. Ale proszę, odzywaj się do mnie. Nie bądź obojętna...
Nawet mi go było szkoda. Ale... Co ja tam mogę stwierdzać. Bez sensowne życie zapewniło mi już pod dostatkiem przemyśleń.
-Normalnie się odzywam... Jutro wychodzę ze szpitala.-powiedziałam.
-Wiem. Wrócimy do domu, i znowu będzie jak dawniej. Nie piszą już o nas, załatwiłem to.-odparł Harry i popatrzył mi prosto w oczy. Miały taki śliczny, wyraźny zielony kolor. To są najpiękniejsze oczy na świecie.
-Harry, ja nie wracam z tobą. Wynajmę własne mieszkanie. Nie mogę wrócić, muszę odpocząć.
Zaśmiał się nerwowo.
-Jjak tto...?
-Normalnie. Jutro wychodzę i wynajmę mieszkanie. Przez jakiś czas musimy dać sobie spokój. Nie widujmy się. Nie rozmawiajmy, nie piszmy. Proszę...-wyszeptałam.
Harry wstał. I wszedł.
***kilka miesięcy potem***
<oczami Harrego>
Umieram. Każdego dnia. W każdej chwili. Umieram z tęsknoty.
Nie wytrzymuje. Alkohol sprowadza mnie w błędne koło. Tęsknię ---> Pije ---> Żałuję i przestaje ---> Znowu tęsknię ---> Pije...
Mam dosyć takiego życia. Musze spotkać Lucy jak najszybciej. Nie wytrzymuje bez jej widoku, bez jej zapachu, bez jej dotyku.
Dowiedziałem się gdzie mieszka. To proste, gdy tylko powiesz jak masz na nazwisko.
Wszedłem do bloku na drugim końcu miasta. Wjechałem windą na trzecie piętro. Mieszkanie nr. 11. Wziąłem głęboki oddech i zapukałem. Otworzyła.
Stała przede mną nie ta sama Lucy, co kiedyś. Pocięte łapska, pofarbowane włosy, papieros w ustach i podpuchnięte, czerwone oczy. To nie może być ona.
Wszedłem bez słowa do mieszkania. Ona zamknęła drzwi i wróciła na balkon. Mieszkanie było małe. Zdjąłem kurtkę i powiesiłem w szafie. Poszedłem na balkon.
-Lucy...-szepnąłem. Jej wygląd... Ja do tego dopuściłem...
-Ludzie mówią na to depresja, a ja poprostu się poddałam.-powiedziała wyrzucając papierosa.
Bez słowa przytuliłem ją. Najmocniej na świecie.
-Dlaczego mnie opuściłaś... Dlatego chciałaś, żebym umierał...-szeptałem łkając jej cicho w ramię.-Nasza miłość potrafiła podpalić całe miasto... Nie może się tak skończyć...
-Ona się nigdy nie skończy. Choćbyś chciał tego najbardziej na świecie.-szeptała.
-No witam. Kogo my tu mamy?-powiedział wchodząc Michael.


Dramaty jak w Ukrytej prawdzie xxddd komentujecie-motywujecie, serio <3

czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział 30.

<oczami Harrego>
To nie tak miało być.
Nie mogłem się ruszyć z miejsca jeszcze przez kilka dobrych minut. Chodziłem po pokoju, żeby się uspokoić po tym co usłyszałem. Za dużo rzeczy naraz… Wyznanie Liama, ucieczka Lucy... Ale przede wszystkim Lucy. Nie wiem gdzie poszła. Za daleko nie odeszła, droga jest za długa.
Wziąłem kilka głębokich oddechów i wyszedłem z pokoju. Przechodząc obok Liama usłyszałem:
-Zostań ze mną... Harry, kocham cię, rozumiesz?
-Jak mogłeś to robić Lucy...-szepnąłem.
Szybkim krokiem szedłem po schodach. Założyłem kurtkę i wyszedłem. Udałem się w prawą stronę.
Szedłem nie całe 10 minut, kiedy zobaczyłem auto w drzewie. Podbiegłem wyciągając komórkę i zadzwoniłem po pomoc.
Po drodze sączyła się jeszcze krew, auto mocno zdarzyło się z drzewem. To był wielki szok, szczególnie, gdy zobaczyłem kto jest w środku auta.
Telefon wypadł mi na drogę. Przed oczami miałem czarny obraz. Nogi zrobiły mi się jak z waty, a w gardle stanęła kula.
Nie panikuj. Masz ją uratować, Styles!
Kiedy odzyskałem świadomość wziąłem ponownie telefon i ponownie zadzwoniłem po jakąś pomoc.
***
Czekałem. Nie wiedziałem, że to tak trudne. Ale czekałem, i z każdą kolejną chwilą coraz bardziej się bałem.
Siedziałem przed salą operacyjną w szpitalu. Tupałem nogą a głowę ukryłem w dłoniach. Nie zastanawiałem się już kim był ten mężczyzna w aucie z Lucy. Zastanawiałem się, czy ona przeżyje. Nadzieja podobno umiera ostatnia. Gówno prawda.
-Pan Styles?-zapytał w końcu lekarz.
-Tak...-szepnąłem gwałtownie wstając.
-Może pan wejść. Proszę być cicho i nie denerwować pacjentki. Gdyby coś się stało proszę zawołać pielęgniarkę.-powiedział otwierając mi drzwi. Lucy leżała w łóżku szpitalnym.
-Kochanie...-szepnąłem delikatnie muskając jej dłoń opuszkami palców.-Jak się czujesz?
-Bywało lepiej...-zaśmiała się niewyraźnie. Przepraszam, że wtedy... Nie mogłam zostać w tym domu... Byłam wściekła na ciebie, że kazałeś nam zostać i do tego nie wierzyłeś mi co do Liama... Musiałam to zrobić.
-A kim jest ten facet z którym jechałaś razem w aucie?-zapytałem wiedząc, że podejmuje się złego tematu, bo Lucy natychmiast pobladła.
Zamknęła oczy i szepnęła:
-Harry, to był przyjaciel Michaela... Chciał żebym z nim do niego pojechała... Powiedział, że od początku nas śledził... Rozumiesz to?
Wstałem.
-Wydawało mi się, że...-zacząłem i gdy zobaczyłem to co chciałem pobiegłem przez korytarz.
-Ty... Ty chuju! Mogłeś zabić Lucy! Możesz się od niej raz na zawsze odpieprzyć? Ona kocha mnie, a ty jeśli ją jeszcze raz tkniesz, wyrwę ci nogi z dupy!-krzyczałem podbiegając do Michaela który czekał pod salą kolesia, z którym Lucy miała wypadek.
-Nie przyszedłem tu dla jakiejś twojej nowej dziwki...-nie wytrzymałem, dałem mu w ryj.
-Proszę się natychmiast uspokoić, w innym wypadku będę zmuszona zawiadomić ochronę!-podbiegła do nas pielęgniarka.
Michael trzymając się za krwawiący nos i poszedł w stronę sali tego kolesia. Przy okazji uderzył mnie nogą, żeby mi to za dobrze mnie było...
Nie możesz powiedzieć Lucy, że jest tu Michael. Nie może się denerwować.
Wróciłem do sali, w której leżała.
-Gdzie byłeś?-spytała.
-A nie, nigdzie. Pomyliło mi się, myślałem, że... Eh, nie ważne.
Nagle do sali weszła pielęgniarka. Zaczęła sprawdzać stan Lucy i zapisywać coś.
-Bardzo mi przykro z powodu dziecka...-dodała.
Ja i Lucy spojrzeliśmy po sobie.
-Jakiego dziecka?-spytałem.
-Państwo wiedzą, że dziecko nie przeżyło wypadku? Była pani w ciąży.

środa, 4 lutego 2015

Rozdział 29.

<oczami Lucy>
Gdy Harry trzymał mnie w ramionach czułam się bezpiecznie. Dopóki Liam nie wypowiedział tych słów...
Miałam mgłę przed oczami. Puściłam Harrego. Wstałam i zrobiłam to, co chciałam zrobić już dawno.
Podeszłam do Liama i z całej siły uderzyłam go w twarz. Najmocniej jak potrafiłam. Teraz miałam już wszystko gdzieś czy mi odda. Ale nie zrobił tego.
Wyszłam z pokoju. Harry ciągle stał w łazience słuchając, jak Liam coś mówi. Może w końcu zrozumiał, że nie kłamałam.
Zaczęłam pakować moje rzeczy do walizki. Wychodzę z tego pojebanego domu. Muszę odpocząć. Od Harrego też.
Z zapakowaną walizką miałam właśnie wyjść z pokoju, ale nagle wszedł Harry.
-Lucy, przepraszam, że ci nie wierzyłem, teraz wyjedziemy, naprawdę, obiec...
-Puść mnie. Nigdzie z tobą nie idę. Mam dosyć ciebie i twojego Liama. Mam dosyć, rozumiesz?! Chciałam się przez was zabić! Wyjeżdżam stąd!-krzyknęłam ze łzami w oczach. Chciałabym być teraz w domu. Domu, którego nie mam. Do Harrego nie wrócę. A do Michaela tym bardziej.
Wyrywając swoje ramię z uścisku Harrego poszłam schodami do wyjścia. Po drodze widziała Liama, który płakał w łazience. Dobrze mu tak.
Pod drzwiami czekał pies Liama. To jedyna żywa istota za którą będę tęsknić.
-Papa piesku.-szepnęłam.
Otworzyłam drzwi i wyszłam. Droga prowadziła przez las. Ogromny las. Na szczęście jest jasno, ale drzewa ciągną się kilka dobrych godzin jazdy autem. Na pieszo będzie jeszcze dłużej. Ale nie przeszkadza mi to.
Stawiałam każdy krok coraz mniej pewnie. Wachałam się, czy nie zawrócić do Harrego, ale coś w środku mi mówiło, żebym tego nie robiła.
Jesteś silna. Dasz radę, poradzisz sobie.
Mimowolnie zaczęły mi płynąć pojedyncze łzy po policzkach. Bałam się. Nie tej panującej wszędzie wokół ciemności, albo tego, że ktoś w każdej chwili może wyskoczyć zza drzewa. Bałam się świadomości, że zostałam sama. Znowu zdana tylko na siebie. To tak jak w przypadku z Michaelem. Teoretycznie z kimś, praktycznie sama.
Droga którą szłam nie była chyba często używana, dlatego mogłam zapomnieć o autostopie. Jedyny ratunek to 4 godziny piechotą.
Wciągnęłam telefon. Jedna kreska zasięgu. Zawsze można zadzwonić po kogoś. No właśnie, kogo? Od czasu gdy zamieszkałam z Harrym rzuciłam pracę, a, a także wszelkie kontakty z współpracownikami.
Nagle podjechał samochód. Zatrzymał się przy mnie. Z otworzonej szyby odezwał się mężczyzna.
-Podwieźć gdzieś panią? Chyba nie będzie pani szła sama tą drogą...? Najbliższy dom jest oddalony o 20 kilometrów.
Moje życie to i tak porażka, najwyżej spotkam kolejnego palanta na swojej drodze.
-Jakby pan mógł... To bardzo chętnie.-powiedziałam wchodząc do auta.-Jestem Lucy.
-Jack. Bardzo mi miło. Co panią... Może mówmy sobie na ty?
-Pewnie.
-Więc co cię to sprowadza? Długo tu szłaś?
Odpowiedziałam mu całą historię mojego życia. Od Michaela do homoseksualisty i psychopaty zwanego Liamem.
-Oh, a co do Michaela, to właściwie to my się znamy. Jestem jego przyjacielem. Śledziłem cię od samego początku, a teraz wracamy do Michaela. Obiecał ci spotkanie, nie pamiętasz?
Kurwa.
Ten sms...
-Ccoo? Chcę wysiąść. Teraz.-powiedziałam.
-Chyba nie księżniczko.-prychnął.
-Otwieraj te drzwi zasrany psycholu!-krzyknęłam i złapałam za kierownicę. To był zły wybór. Trafiliśmy w drzewo.


Tak więc nasza Lucy miała wypadek :D a kim naprawdę jest Jack? O co chodzi Michaelowi?  To w następnym rozdziale, zapraszam :)

wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział 28.

WIELKI POWRÓT BLOGA :)
Nie pisałam ostatnio rozdziału bardzo długo, ale teraz powracam z długim, bardzo bardzo bardzo bardzo ważnym rozdziałem :) przepraszam, że tak długo czekaliscie :c proszę tylko o komentarze, które naprawdę bardzo motywują :) miłego czytania :*

<oczami Harrego>
To już któryś poranek u Liama. Sytuacja z Lucy się nie zmieniła. Dałem sobie spokój, ale... Nie byłem pewien niczego.
-Hej Liam, powiedz mi tak szczerze: o ci co chodzi Lucy? Macie jakiś wyraźny problem.-powiedziałem schodząc na śniadanie.
Spojrzał na mnie.
-Nie mamy żadnego problemu. To ONA ma.-wyraźnie zaakcentował. Podał mi i sobie jajecznicę na talerz i usiedliśmy do stołu.
-Dobra, to jaki ONA ma problem?-spytałem dość długo wyczekując odpowiedzi.
-Nie wiem. Ciągle na mnie krzyczy. Pilnuj tej swojej...
-Dzień dobry.-Lucy zaspana zeszła na śniadanie. 
-Cześć kochanie.-pocałowałem ją w czoło.
Liam chrząknął.
Lucy chwilę stała, patrząc to na mnie, to na Liama. 
-No siadaj, jajecznica jest na stole.-powiedział w końcu Liam.
-Dziękuję za pozwolenie.
-Jakie pozwolenie? O co ci chodzi?
-Nigdy nie można się niczego spodziewać co do ciebie...
-A ty...
-Zamknijcie się! Oboje! Jesteście gorsi niż małe dzieci! Jaki macie ze sobą problem?!-nie wytrzymałem i krzyknąłem.
Lucy usiadła. Zaczęła grzebać widelcem w jedzeniu.
-Ja dziękuję za śniadanie.-powiedziała i wstając od stołu z miną "mam focha albo okres, albo jedno i drugie". W tym wypadku chodziło o focha.
I to nie zwykłego focha.
-Lucy, zaczekaj.-powiedziałem i także wstałem od stołu. Poszedłem za nią. Poszła do łazienki i w ostatnim momencie zamknęła drzwi na kluczyk.
-Lucy, otwórz. 
Cisza.
-Lucy, proszę...
Nic.
-LUCY OTWIERAJ TE DRZWI.
Nie mam do niej siły. 
-Liam, masz zapasowy kluczyk do łazienki?
-Pewnie stary.
***
<oczami Lucy>
Mam dosyć. Liama, Harrego, tego czarnego psa, tego domu, tego pieprzonego życia.
Otworzyłam każdą szafkę po kolei. Wysypałam wszystkie możliwe tabletki. Podobno to takie proste. Nic nie boli. Dziwiło mnie zawsze jak ludzie się cieli albo popełniali samobójstwo poprzez powieszenie się. A teraz... Nie wiem, czy dam radę. 
Próbowałam ignorować głos Harrego. Ma mnie dosyć. Ja jego też. 
"-Liam, masz zapasowy kluczyk do łazienki?
-Jasne stary."
Teraz albo nigdy.
Ręce drżały mi jak nigdy. Zaczęłam płakać. Jak mnie zastaną kiedy w końcu tu wejdą? 
Usiadłam na końcu wanny. Wzięłam głęboki oddech. Przyszedł mój czas. To właśnie teraz...
-Lucy!-Harry otworzył drzwi od zewnętrznej strony i wbiegł do łazienki. 
-Wyjdźcie... Wyjdźcie stąd!
Harry wziął mnie na ręce i mocno przytulił.
-Dlaczego chciałaś to zrobić... Lucy, dlaczego... Przecież wiesz, że cię kocham...-szepnął Harry.
-Dobra, kurwa, koniec tej szopki. Styles kocham cię. Ona wszystko zepsuła. Harry... Kocham cię, najmocniej na świecie...-wyszeptał Liam.


no heej
Tak wiem, rozdział super i wgl.
Ale seiro, pokomentujcie bo to daje motywację xd niedługo kolejny rozdział :)